Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Giewont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Giewont. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 kwietnia 2016

Giewont cz. III. Powrót Małą Łąką...


To było nasze pierwsze wejście na Giewont. 

Z wiadomych względów- idźcie tam jak najwcześniej rano. 
Choćby wiązało się to z nocnym wstawaniem. 
A jeśli uda się być na szczycie już o wschodzie słońca- to nigdy nie zapomnicie tych widoków. 
To piękno wryje się w serce, na całe życie. 
Gwarantuję ! Satysfakcja niesamowita!  
 Wiele zdjęć poniżej, jest wykonanych właśnie tuż po wschodzie słońca. Poranne mgły przesycone słońcem- tak cudnie rozjaśniają zdjęcia.
..............................................................
Po odpoczynku na Wyżniej Kondrackiej, nawet nie zdążyłam się zmęczyć.  Do szczytu jest już naprawdę bliziutko.
Podchodzenie tam, to sama przyjemność. 
Wzmożona uwaga jednak konieczna, choćby ze względu na specyficzne podłoże, a w końcowym etapie- i bliskość przepaści. 
Trochę chętnych do wejścia jest, nie powiem. Ale przestojów nie ma. 
 Przede mną dziewczyna zastanawia się czy dobrze robi, że idzie. Ma lęk wysokości. 
Jej towarzystwo czeka na nią zakos wyżej. Trochę gadamy i jednak decyduje się spróbować. 
 Początek podejścia- tradycyjne skalne schodki (sporo piargu) doprowadzają do rozwidlenia. 


Od tego momentu szlak staje się jednokierunkowy. Dobrze że ktoś pomyślał. Przejście jest wąskie, mijanki byłyby groźne. 
A biorąc pod uwagę ile osób, szczególnie w sezonie, chce wejść na Giewont... 



Skalne stopnie doprowadzają na wysokość Szczerby. 
Odbijamy w lewo. No i wreszcie mamy! Pierwszy łańcuch :) 
Spokojnie, wygodną, choć wąską skalną półką. 
Krótki zakos doprowadza do małej trudności- wysoki stopień skalny. Dla osób niskich, to trochę kłopotliwe. Ale da się pokonać. Kolejny łańcuch- luźny, dość długi. 
Ale w tym miejscu bardzo potrzebny. Pod nim wygładzona, śliska płyta. Bez łańcucha, miejsce dość niebezpieczne. 
Są również, wykute w skale, miejsca na postawienie stopy. 
 Na schodku, przytulona do skały, siedzi poznana niżej dziewczyna. 
Nie chce się ruszyć, boi się tej śliskiej płyty. 
Zatrzymuję się chwilkę, rozmawiam. Jestem pewna, że da radę. 
Schodzi po nią towarzysz, wyciąga rękę. Kilka kontrolowanych poślizgów i udało się :) 


 Chyba na żadnym innym szczycie (z tych dostępnych turystycznie) nie ma tylu wyślizganych kamieni. 
I skała charakterystyczna i wieki wydreptywania tych głazów, też na pewno zrobiły swoje. 
Wyżej sporo drobniutkich kamyczków i piachu. 
Brzegiem- kępki trawy. Cały czas mamy do dyspozycji łańcuchy.


Dalsze stopnie nie powinny przysporzyć kłopotu. 
Jest się i czego przytrzymać i jest gdzie bezpiecznie postawić stopy.


Otwierają się widoki na północ. 
 Jesteśmy u stóp krzyża. 
A pod naszymi stopami Uśpiony Rycerz... 
Tak cierpliwie znosi niezliczone rzesze ,,pielgrzymów'' wchodzące mu na głowę :D 





Od północy- dolina Strążyska, którą przyszliśmy. 

Podziwianie tamtych widoków, z bezpiecznej odległości. 
Do dna dolinki bowiem- aż 600 metrów. 



Schowajmy więc sobie nadmierną ciekawość, tam gdzie słońce nie dochodzi i nie zbliżajmy się za bardzo do przepaści. 
Lepsza nadmierna ostrożność, niż nadmierna ciekawość. 

 Chce ktoś zobaczyć ostępy Małej Dolinki? To już lepiej wejść do niej od dołu i zachwycić się potęgą stromych ścian i olbrzymich żlebów- od ich stóp. 
Stojąc bezpiecznie na stabilnym podłożu. 
 Nie zachęcam do łamania przepisów i wychodzenia poza szlaki. Zresztą jeśli ktokolwiek się zdecyduje, to będzie to rasowy wielbiciel gór, nie niedzielny turysta. 
A takowym winno być to wybaczone! ;) 
 Chcę jedynie zaznaczyć, że czasami więcej można dostrzec, stojąc w bezpiecznym miejscu.

 Na wschodzie, najbliżej nas, fascynujący kształt Długiego Giewontu. 


Stromizna niesamowita. Grań jest tak ostra, że aż zastanawia, jakim cudem można przejść po niej, nie zachwiawszy się. 
Dzikie uskoki, co chwilę przecinają jej linię. 


 Nie dziwne, że pierwszy zakopiański Proboszcz, zapragnąwszy ją zdobyć, utknął pomiędzy jej skałami. 
Szczęściem, były to czasy, gdy sporo górali wypasało owieczki, na okolicznych halach. 
Krzyki duszpasterza usłyszano i pośpieszono z pomocą... 
Nie dziwię się, że ksiądz Stolarczyk zafascynował się Długim Giewontem. Jest niesamowity, kuszący, inny od wszystkich! 



Zachodnie olbrzymy również doskonale widoczne. 

Tymczasem nad Wysokimi i koroną Świnicy, kłębią się ciemne chmury. A żeby było ciekawiej, słychać gniewne pomruki burzy. 
No cóż, nie ma na co czekać. 


 
Wysoki, metalowy krzyż nie raz stawał się celem piorunów. 



Do tego w okolicy Kasprowego widać helikopter. 
Nawołują do schodzenia ze szczytów. 



 Dwie fotki na szczycie i uciekamy. 
Schodzenie z Giewontu w najlepszym możliwym stylu- ,,zjazd na zadku''. 
Tuż za mną dziewczyna, która tak się bała na podejściu. 
Wraz z towarzystwem. Śmieję się, że już wiadomo czemu na zejściu jest aż tyle śliskich płyt. ;) 
Tyle lat, tyle zadków je froterowało! :D 





Łańcuchów dużo. No może jest jedno miejsce, w którym by się przydał jeszcze jeden łańcuszek... Poza tym bez problemów.



Na połowie wysokości mamy wgląd na Mały Giewont. 
Strome zerwy o których wspominałam wcześniej, opadające ku Małej Dolince. Są wyjątkowo piękne, ale i niebezpieczne.


Podłużnie popękane skały, przetykane zielenią, chyba najbardziej stromych trawek, w całych Tatrach i piarżyskami. 
Pod nimi- żleb Kirkora.


Widoczny fragment, to już łagodna trawiasta łąka. 
Część ukryta przed wzrokiem, to skalne, potężne progi, które bez odpowiedniego sprzętu i umiejętności, są nie do przejścia. 
Ta kusząca łączka, sprowadziła wielu chętnych, skrócenia sobie drogi, w ,, inny wymiar''...niestety :( 
Przystajemy na chwilę, na zakręcie owijającym wysunięte skały. 
Jeszcze się napatrzeć. Jeszcze mało.


Wkrótce ścieżka doprowadza do rozwidlenia. 
I na tym koniec szlaku jednokierunkowego. 
Tędy już podchodziliśmy. 




Kilkanaście schodków do Kondrackiej Przełęczy. 
 Już nie odpoczywamy. 
 Coraz głośniej mrucząca burza, zachęca do ucieczki. 
Wybieramy szlak żółty. Zejście do Małej Łąki. 
Wchodziliśmy górą, wrócimy dołem :) 
Nad nami już ciemne niebo. Grzmi coraz lepiej. 



Na nasze szczęście, burza dochodzi do przełęczy i... wybiera przeciwny kierunek ;) 
Zejście ku dolinie nie należy do najprzyjemniejszych; jeśli idzie o wygodę. 
Rekompensują to przynajmniej wrażenia widokowe. 
 Początek to dość wygodne kamienne stopnie pośród zielonego morza kosówki. 




Ale gdy szlak zbliży się do Głazistego Żlebu, da się zauważyć zmiany. Głazisty Żleb ma nazwę adekwatną do tego co w nim spotykamy.


 Z boku spore gruzowisko. 
Pod stopami- żwir, piach i charakterystyczne płaskie odłamki skalne. Miejscami nachylone pod kątem, wygładzone formacje. 
Schodzić po nich dość niewygodnie. 
Malownicze grupy skał- już przeze mnie wspominane- te sklejone z drobniutkich warstewek.


To z nich zapewne pochodzą te płaskie odłamki, o ostrych krawędziach.

 



Szlak, początkowo biegnie na zachód, potem skręca ku północy. 
Na zakręcie niesamowita skała- pofalowana jak brzeg sukni. Piękna!


 Mijamy po prawej- Siodłową Turnię, po lewej Mnichowe Turnie. 
A wśród nich- i Dziadek, i Babka, i Mniszki i Mnich ;)



Takimi to imionami ochrzczono poszczególne turniczki. :D 
Poniżej nich górne piętro Małej Łąki. 
Dzika, chętnie odwiedzana przez niedźwiedzie- Świstówka Małołącka. 
Dziś mocno zarośnięta, niegdyś wypasana aż pod samą Małołącką Przełęcz. 
A więc podejście nią, na grań główną, nie mogło być trudne. 
Zachodnie obramowanie Świstówki Małołąckiej, to ramię Małołączniaka. Aż po Wielką Turnię.


 
Teraz będziemy mogli podziwiać ją od podstawy. Jest potężna. 

Budzi szacunek, a jednocześnie jakąś nutkę strachu. 
Po drugiej stronie Siodłowa Turnia...


... a na niej- wspomniana ,,skalna laleczka''.



Dalej ścieżka tonie w gęstwinach malin, wierzbinek, jarzębin i wszelkiej maści krzaczków, krzaczorów, plątaninie zarośli. 
Co jakiś czas wygładzone, dziwaczne formy skalne. 



Na tych wyrastających na ścieżce trzeba uważać. 
Wreszcie zarośla ustępują miejsca świerkom. Chłodniej i ciemniej. Szlak robi się błotnisty.


  Jeszcze ok. 1 km i wreszcie wychodzimy na Wielką Polanę. 
Witamy ją z ulgą. I ścieżka wreszcie jest przyjaźniejsza. Trawiasto- piaszczysta.


Dawniej cała Mała Łąka była wypasana. 
Gdy wywłaszczono tamtejszych właścicieli, dolina sukcesywnie zarasta lasem. 
Ponad połowa dawniejszych użytków, to dziś tereny lasu. 



 Rozumiem ochronę zboczy przed erozją- zapewne dawni bacowie wypasali gdzie się dało. 
Ale co by komu szkodziło, utrzymać wypas w określonych granicach...? 
Jak wszystko zadrzewione, też niedobrze. 
Odchodzą w zapomnienie dawne ścieżki, przejęte nieubłaganą dłonią natury. 
Tak wiele było szałasów w dolinie. A do dziś nie ostał się ani jeden. 
Jest cicho, nie szumi żaden potok. 
Jedyne źródło wody z którego korzystały wypasane zwierzęta i pasterze, znajdowało się na tzw. Stawkach, 
co dziś wypada przy południowym krańcu Wielkiej Polany. 
Ale roślinność jest imponująca. Wysoka, bujna, soczysta zieleń. 
Polana Wielka tonie w zachodzącym słońcu. 
Brzęczą chmary owadzich klanów. 
Różnokolorowe plamy kwiatów naokoło. 
Odwróćmy się za siebie- raz jeszcze. 
By pożegnać wzrokiem potężne ściany stróżujące nad doliną. 
 Skrzyżowanie szlaków- charakterystyczny rozwidlony słup i samotny świerk na środku szlaku. 
Kraniec Wielkiej Polany, tzw. Rówienki. 
Drewniane ławy dla spragnionych odpoczynku... lub chcących zachować widoki jak najdłużej w pamięci. 
W prawo czarny szlak w kierunku Grzybowca. 
W lewo ten sam- czarny szlak Ścieżki nad Reglami, w kierunku Przysłopu Miętusiego i Kościeliskiej. 
Wierni kolorowi żółtemu, idziemy prosto. 
Kamienie wyściełające szlak, dają się we znaki. 
Są różnej wielkości, daleko im do płaskich równych głazów; 
toteż nogi powoli mają dość. Na pociechę- droga biegnie ku dołowi. 
A przede wszystkim, otacza nas, przepiękna zieleń lasu i bogactwo roślin. 
Niecały kilometr i docieramy do kolejnego rozwidlenia. 
Niebieski szlak na Przysłop Miętusi. 
Słyszymy również szmer potoku... Małołąckiego. 
Potowarzyszy nam trochę. 
 I tak jak w Strążyskiej, tak i tu pojawiają się dumne zarośla lepiężników. Kto wie, czy nawet nie obfitsze od tych ze Strążyskiej...


Z leśnych zboczy pochylają się białe, ,,roztrzepane'' kwiaty parzydła. Szlak się wygładza, ubywa kamieni. 
Jeszcze z pół godzinki i docieramy do Ścieżki pod Reglami. 
Prosto wyjdziemy na Gronik. A stamtąd już niedaleko, główną szosą- do Krzeptówek. 
Ale my mamy autko na ulicy Strążyskiej. 
Musimy wybrać czarny szlak Ścieżki pod Reglami.
 




Więc skręcamy w prawo. To dodatkowa godzina drogi.

 
-niestety taki zachód zwiastuje nam zmianę pogody. Faktycznie na następny dzień- leje...


Mijamy wylot Doliny za Bramką... 
(nie gardźcie dolinkami reglowymi. 
Są szczególnie piękne, a ich szata roślinna jest tą najbardziej pierwotną w Tatrach. 
Wciśnięte w zaciszne załomy wzgórz, zachowały dawne, wiekowe piękno...) 

A z Dolinki za Bramką idzie dawny szlak na Łysanki. I jest w dość dobrym stanie. ;)


Docieramy do Strążyskiej i tym samym zamykamy ,,kółeczko''. Zastanawiam się nad powtórką...bo warto. 





Tylko może w kierunku przeciwnym, albo w wersji Grzybowiec- z Małej Łąki ?

Zobaczymy... ;)

CZĘŚĆ I

CZĘŚĆ II



wtorek, 12 kwietnia 2016

Ze Strążyskiej ku Giewontowi ( cz. II)

Dolina Grzybowiecka to początkowo trawiaste, potem lesiste tereny, podchodzące aż pod Łysanki i Grzybowiec.
Najwyżej minutę zajmie nam przejście przypotokowej łączki i skrycie się w cieniu lasu.


Po prawej towarzyszy nam Grzybowiecki Potok.
Kamienista ścieżka uparcie pnie się ku górze, odbijając w głąb lasu.




 Pomiędzy drzewami można dostrzec na wprost- sylwetki turystów. 
Ale nie ma tak dobrze, żeby iść na wprost. Szlak ciągnie zakosami. 
Zanim dojdziemy tam gdzie widzimy innych wędrujących, musimy pokonać spory dystans.
Otaczają nas wysokie świerki, pod stopami plątanina korzeni. Uwaga wskazana, łatwo zaczepić o jakiś korzeń.
A dodatkowo dla urozmaicenia, na naszej drodze pojawia się ciurkający potoczek.
 To chyba najgorszy etap. Kamienne schodki są dość strome.
Do tego spływające po nich leniwie, nitki wody, czynią je błotnistymi i śliskimi.
Chowam aparat, bo się ślizgam, a do tego z góry ciągle ktoś schodzi i trzeba mijać.
Jak już wyjdziemy na odpowiednią wysokość, dowiemy się skąd wypływa ten ,,złośliwy'' strumyczek.
W tym miejscu szlak zdecydowanie odbija w prawo i uspokaja się.
Śliskie głazy zmieniają się w szersze, wygodniejsze, ograniczone drewnianymi balami stopnie.
Spokojny trakt wyprowadza na otuloną cieniem- Przełęcz w Grzybowcu.


  W bok- biegnie czarny szlak Ścieżki nad Reglami- ku Dolinie Małej Łąki.
Nasz szlak biegnie prosto. Już widać co nas czeka- nieubłaganie pod górkę ;)

 Ciekawostka- w przeciwnym kierunku, oczywiście zagrodzone gałęziami drzew, dawne przejście w kierunku Łysanek.
A i z tego co piszą zakochani w górach- droga tam, sama wiedzie, raczej bezproblemowo ku Łysankom ;)

 Nadal otaczają nas świerki. Droga nie jest trudna. 
Kilka schodków pod górę. Znowu zakos.
Jeszcze jakieś 5 min. i las się przerzedza.
Więcej słońca. 

Pojawiają się liściaste drzewka, wysokie trawy i kruche, drobne kamyki.



 Wśród zarośli wyrasta skośnie ku górze- dziwna formacja skalna.
Wygładzone, pochylone... ni to płyty, ni to głazy
Tak typowe w okolicach Giewontu.
Zresztą nie wiem, jak Wy...ale ja przemierzając ścieżki reglowe, staram się na ile to możliwe, omijać kamienie pewnego rodzaju. 
Zwykle ciemniejsze od innych, lekko połyskliwe. 
Nie jestem geologiem, nie wiem jakiego to rodzaju skała. 
Wiem natomiast, że stąpnięcie na nie, często kończy sie poślizgiem. ;)
Takich to właśnie wygładzonych kamieni, w okolicach regli, jest dość sporo.
Wdrapujemy się na wspomnianą formację.
Dobrze wspomóc się rękami.
Skręcamy na bok. Trzeba trochę odpocząć. 
Siedząc na zachodnim zboczu Grzybowca,
wgapiamy się w majestatyczną z tej strony ścianę Wielkiej Turni, pochylającą się nad Małą Łąką.


Groźne północne oblicze Małołączniaka, tak łagodnego od strony słowackiej...


Jak to jest, że ta nasza, polska strona Tatr, to w przeważającej większości, strome, niedostępne urwiska, podczas gdy słowacka, zwykle łatwiejsza i łagodniejsza. 
Choćby nawet pod względem wizualnym...
Nie mówię oczywiście o Tatrach Wysokich, bo tam to niekoniecznie działa :)



W zamierzchłych czasach, utyskiwali sobie górale na tę nieprzychylną północną skałę, upatrując dobrobytu i dostatku po stronie południowej.
Tam szybciej przychodziła wiosna, słońce łaskawiej ogrzewało południowe stoki, nawet trawa zdawała się być bujniejsza.
Przemykali mniej lub bardziej legalnie do sąsiadów. 
Czasem za zarobkiem, czasem pozbójować, lub chociażby popaść owieczki...
 Nawet i symbol Zakopanego, sam Giewont, ku Zakopanemu kłoni się urwistą, nieprzychylną ścianą.
Kto go widział z drugiej strony, ten wie, ileż  łagodniejsze jest jego oblicze od południa.
Odpocząwszy nieco, zbieramy się dalej. 
Nawet sporo ludzi zdecydowało się na ten szlak. 


Pierwsza polana. Wreszcie coś widać dookoła. Kilka krzyżujących się ścieżek. Szeroko, płasko.
Takie wrażenie, jakby tam właśnie splatały się różne drogi.
Naszym oczom ukazują się północne zerwy Giewontu i jego Małego Brata.
 Za polanką, znowu wkraczamy w las. Na niedługo. 
Po chwili znajdziemy się na kolejnej polance, aby po niej, po raz kolejny skryć się w cieniu niewysokich drzewek.



Pojawia się kosodrzewina. Zbocze wyraźnie stromieje, ale ścieżka nie sprawia trudności.
Przez jakiś czas, szlak wznosi się dość łagodnie. 



Widoczne przed nami turnie Małego Giewontu, ścieżka omija po prawej stronie.
Tu dochodził szlak żlebem Warzechy.
Cały potężny leśny zakos, byłby ,,ścięty'', gdyby to wejście tamtędy było nadal dostępne.
Nie na darmo ta trasa była określana, jako najkrótsza.
Zapewne męcząca, bo żleb nieubłaganie bez zakosów ciągnie w górę.
Jednak opcja szybszego zdobycia wysokości, była dość popularna. Szkoda wielka, że z niej zrezygnowano.
 Prawdopodobnie zamknięcie szlaku Kirkora, dla bezpieczeństwa potencjalnych zdobywców, pociągnęło za sobą i zamknięcie szlaku Warzechą; aby nie kusić bliskością tego pierwszego.
Przecież żleb Warzechy nie mógł sprawiać trudności, ani nie był niebezpieczny.
Ot średnio nachylona trawiasta rynna.
Dziś, z tego co opisują zaciekawieni, którzy tam zabrnęli, porządnie zarośnięta. I nie jest to tylko trawa.
Chaszcze pokrzyw i młodych drzewek.
Zawsze młodych i zawsze ,,nowych'', bo północno-wschodnie żleby Giewontu słyną z lawin...
Z góry, z naszego szlaku, też nie widać ujścia żlebu. A tym samym dawnej trasy. Gdzież ona wychodziła?
Wiadomo jedynie, że tuż przed masywem Małego Giewontu...
Zarośla i drzewa skutecznie stoją na straży. Strzegą wrót dawnych dziejów.

Idziemy trawiastym, zachodnim zboczem Małego Giewontu. 
Za jego plecami zaciszniej. W dole Mała Łąka. 
Nasza ścieżka wymaga uwagi; jest się gdzie sturlać. 
Spora stromizna, choć całkowicie zarośnięta. Wąsko.



Często tuż przy spadzistym stoku. Sporo drobniutkich kamyczków.
Gdzieniegdzie, spośród traw, wyrastają wygładzone, lub ciekawie ,,warstwowane'' skałki- jakby z drobniutkich ,,listków'' skalnych, nałożonych na siebie.

 W Małym Giewoncie można po kolei wyodrębnić: Skrajną, Białą, Wysoką i Zadnią Giewoncką Basztę.
Od strony zachodniej łatwiejsze do zdobycia.
Podczas gdy do położonej po wschodniej stronie- Małej Dolinki, opadają urwistymi, ,,rzeźbionymi'' ścianami.
Szlak, na tym etapie, nie przysparza problemów. 
Można powiedzieć, że zaciekawia. 
Wznosi się, co prawda, konsekwentnie ku górze; ale dość spokojnie i nie męcząco.
Osiągamy wybitniejsze żeberko, mniej więcej w linii spadku Białej Baszty.
 Tu oprócz widoków, obiecane urozmaicenie szlaku, tzw. Szczerbinka. Wystająca ,,bezczelnie'' na środku szlaku, najeżona skałka. Za nią spadziste zbocze i zdecydowane obniżenie szlaku, który wcina się wąsko pomiędzy wspomnianą skałkę a główny stok.


 
...za Szczerbinką

Przepuszczamy uparciuchów z naprzeciwka prących popod Szczerbinkę.
Nauczyłam się, że zwykle przepuszcza się schodzących...ale cóż...może to ja się źle nauczyłam :P ;)
Podpierając się rękoma i zsuwając na zadku, pokonaliśmy sympatyczną skałkę. 


Jesteśmy teraz sporo niżej od niej.
Tracimy wysokość aż do kolejnego żeberka, by tuż za nim zacząć ją zdobywać na nowo. Znów pod górę.
Przed nami szerokie trawiaste siodło, po prawej ograniczone samotną, szeroką turnicą.


To Siodłowa Turnia. Do Małej Łąki spada praktycznie pionową ścianą, a na jej północnym niższym krańcu, siedzi skalna ,,laleczka''. Najlepiej widać ją z dołu- maszerując doliną. (zdjęcie będzie w części III, którą to zakończymy opis całej wycieczki... )







 Pomiędzy Siodłową Turnią, a Giewontem- przyklejony do Wysokiej Baszty- Żleb Śpiących Rycerzy.
Ponad naszymi głowami dwie jaskinie Małego Giewontu. Prawdopodobnie kiedyś były jedną.
Zawalisko przedzieliło je na dwie oddzielne. Są to niżej położona- Jaskinia Śpiących Rycerzy; i ponad nią- Wyżnia Jaskinia Śpiących Rycerzy. Dostępne jedynie dla wprawnych grotołazów. 
Olbrzymie złomy skalne, jakie wyściełają dno głównej, podobno dość obszernej ,,komnaty'' jaskini, musiały pobudzić wyobraźnię pierwszych odkrywców. Ujrzano w nich śpiących rycerzy, mających ruszyć do walki i obrony kraju, gdy przyjdzie czas...
  Legendy i podania jakie krążyły pomiędzy spragnionym wolności i bogactw narodem, spowiły tajemnicą wiele miejsc w Tatrach. Jaskinie, jako najbardziej skryte przed niepożądanym wzrokiem, szczególnie przyciągały poszukiwaczy tajemnic i bardziej prozaicznie- poszukiwaczy skarbów.
........................................................................
Sporo odpoczywających pod Siodłową Turnią. 
Samo Siodło piaszczysto-żwirowe, rozdeptane bardziej niż trzeba... Skała krucha, osypująca się.





Wreszcie w polu widzenia, pojawia się krzyż Wielkiego Giewontu.
Wygląda tak blisko. Tylko wygląda ;) 


Przed nami dość męczące podejście ku Wyżniej Kondrackiej Przełęczy.



Szlak skręca pod kątem prostym. Kończymy obchodzenie Małego Giewontu. Jeszcze chwilę pod górę, by potem trawersować zbocze między ciemnozielonymi plamami kosówki.
Na drodze wyrastają niewygodne, kanciaste grupy skałek.

Nad nami, po lewej Giewoncka Przełęcz; z niej schodzili niegdyś turyści, dążący na Giewont szlakiem Kirkora...
Nasz czerwony szlak, zdecydowanie i ostrzej niż do tej pory, pnie się ku swojemu końcowi.
Kruche, warstwowane, miejscami wygładzone skałki. 
Przepuszczamy schodzących, a raczej ,,zjeżdżających'' z góry, bo zejście dość strome. Te skałki kojarzą mi się z przekładanym kremem ciastem :D 
Wiele warstewek, jedna na drugiej...

 Wreszcie Wyżnia Kondracka Przełęcz. 
Trzeba odpocząć, chociaż chwilę. Tym bardziej, że słońce łaskawie przygrzewa od samego ranka. Tu także sporo osób. 
Przełęcz jest bardzo rozległa, przyjazna.

 
Zostało podejście na Giewont. Z tej strony trudniej doszukać się oblicza Rycerza. 




 I tylko przełęcz Szczerby- szyja Rycerza, z której opada groźny północny żleb; swą linią wygląda podobnie z obydwu stron ...
.......................................... 
CZĘŚĆ I

CZĘŚĆ III